Na początku był chaos. Ciemne chmury
zasłaniały niebo, śnieżnobiały puch przykrywał cały ten syf
leżący na ciągnących się ulicach. Mijał jeden tydzień, drugi i
kolejne. Dzień za dniem. Poniedziałek był czwartkiem, a środa
niedzielą. Każda godzina przypominała tratwę odpływającą
beznamiętnie i bezpowrotnie. Minuta sprawiała wrażenie wieczności.
